Garść reflexyj o „dobrej zmianie”

26. 10. 2015 Mon, 26 Oct 2015 19:36:32 +0000.

Beata Szydłowa i cały ten gomułkowski obóz wiele razy podkreślał w kampanii „wyborczej”, że w razie zwycięztwa zaprowadzą „dobrą zmianę”. To między innemi chamska ogólność tego sformułowania sprawiła, że PiS osiągnęło tak dobry wynik. Nie tak dawno Barak H. Obama został przewodniczącym PZAP ograniczając się nawet do samej „zmiany”, nie to już nawet że „dobrej”. Jakiś czas temu w III RP objawiła się prorosyjska (czy, jak chcą jej członkowie, po prostu nieamerykańska) partia o nazwie, jakże by inaczej, „Zmiana”. Kukiz wprawdzie nie miał zmiany na szyldach ani w nazwie, ale nie schodziła ona z jego ust.

Tymczasem z postulowania „zmiany” nie wynika kompletnie nic ponad to, że coś lub ktoś ma stać się odmiennem niż było bądź był dotychczas. Ponieważ stawanie się innem lub innym jest nie tylko absolutnie powszechne, ale i nieodzowne przy niezbyt chyba kontrowersyjnym (przynajmniej na użytek codziennego funkcjonowania) założeniu, że czas płynie, proponowanie „dobrej zmiany” ma mniej więcej tyle sensu, co proponowanie „niezłych minut”, „klawych godzin” albo „dobrych dób”. Ewentualnie, jeśli nie chcemy wiązać pojęcia zmiany przede wszystkim z czasem (co wydaje się nierozsądne, ale dobra), a równocześnie nie kwestionujemy jej najbardziej podstawowego znaczenia dla funkcjonowania świata, mogę wysunąć zamiennie pyszne hasło „dobre coś” jako nieco tylko bardziej ogólne niż „dobra zmiana”.

Ktoś mógłby powiedzieć, że „dobra zmiana” była tylko skrótem (myślowym) dla treści, jakich Szydłowa czy Obama nie mogli wyrażać w rozbudowanej postaci (np. 500 zł na drugie i kolejne dziecko, a dla rodzin o dochodzie 800 zł na osobę nawet na pierwsze, opodatkowanie sklepów o powierzchni handlowej większej niż 250 metrów kwadratowych etc.).

Byłoby to tłumaczenie grzeczne, acz niewłaściwe, ponieważ aby coś mogło być skrótem, jego adresat musi rozpoznać desygnat, do którego skrót odwołuje. Przecież jeśli powiem „PZPR”, to adresat mojej wypowiedzi, o ile nie jest absolwentem reżymowej szkoły, zrozumie, że chodzi mi o niepolską, niezjednoczoną i nierobotniczą partię sprawującą rządy na terytorium PRL w nieodległej przeszłości. Statystyczny absolwent szkoły natomiast prawdopodobnie nie będzie potrafił rozwinąć tego skrótu, ale jeśli jednak w jakiś sposób udałoby mu się to, powie, że to polska partia robotnicza, którą ktoś gdzieś zjednoczył, bądź też sama się zjednoczyła, co wprawdzie nie będzie prawdą w sensie Arystotelesowskim (Prawdą), ale będzie miało jej pewne znamiona wskutek wyczerpania formalnych warunków rozumienia symboli (w tym wypadku literowych).

Może zatem chodzi o symbol właśnie? Może wyrażenie „dobra zmiana” jest symbolem tych pięciuset złotych, tych opodatkowanych sklepów, tych „darmowych” leków dla seniorów? Sięgnijmy znów po przykład, bo przez niego jest pono iter breve et efficax: jeśli pokażę symbol „play” (trójkąt równoboczny o jednym i tylko jednym wierzchołku skierowanym w prawo) piętnastolatkowi w Europie, rozpozna go on jako symbol „play”. Ten sam symbol pokazany staremu dziadowi na Syberii prawodpodobnie (1) pozostanie nierozpoznany, bądź (2) dziad ów przypisze mu znaczenie odmienne od tego, jakie było moim (prezentera) zamiarem, np. rozpozna w nim grot dzirytu, jakiego używa podczas polowań. To, czy symbol pozostanie nierozpoznany, czy też zinterpretowany jako grot, zależy od kilku czynników, z których na czoło wybija się chęć dziada z Syberii do takiego, a nie innego odczytania symbolu. Dziad zrobi to, jeśli zechce, bo np. grot kojarzy mu się z polowaniem na pysiusią rybę, i jeśli spełnione będą pomniejsze warunki (np. dziad nie zostanie w jakiś sposób uprzedzony, że ma doszukiwać się symbolów nietypowych dla swojej kultury, prezentacja odbędzie się w jego naturalnym środowisku, np. w jakiejś jakuckiej jurcie, itp.).

Kim wobec tego są tzw. wyborcy? Czy są oni w stanie rozpoznać pod słowami „dobra zmiana” to, co PiS rzeczywiście proponowało? Oczywiście, że nie. I nie chodzi tylko o to, że uprzednio musieliby zapoznać się programem tej partii, tak jak młody Europejczyk musiał poznać ikonę „play” w swym, zapewne wczesnym, dziecięctwie. Chodzi także o to, że PiS bardzo zależało na tym, by programu swojego nie prezentować, by nie uczyć „wyborcy” tego, co ewentualnie mogłoby później zostać ukryte pod symbolem (jakieś PiS-owskie spindoktorskie mendy słusznie założyły, że „wyborcę” by to wielokrotnie przerosło, a raczej zakładać tego nie musiały, bo to się wie samo przez się). I w znacznej mierze dlatego neogomułkowszczyzna wygrała. W ten sposób mogła zaprezentować się w obraźliwie skróconej formie różnym intelektualnym dziewicom, z których jedne widziały w niej Polskę, co to nie pozwoli bić się po gębie Niemcom, inne rozwiązanie zagadki Smoleńska, inne jeszcze udupienie znienawidzonych PO-wców, a zdecydowanie najwięcej – po prostu pełny lub chociaż pełniejszy niż przed chwilą żłób. Program PiS owszem, miał, na wypadek gdyby jakiś dziennikarz lub politolog z nudów bądź (co bardziej prawdopodobne od kiedy w sieci jest taki np. Pudelek) z przykazu zawędrował na stronę tej partii. Ale już projekt (czy też zarys) konstytucji po jakimś czasie został skrzętnie ukryty, jako zbyt konkretny i zrozumiały nawet dla dziennikarzy, którzy mogliby później zadać odnoszące się do niego pytanie.

PiS i Kukiz wyśmienicie zagospodarowali potencjał wynikający z pustosłowia medialnych wystąpień swych przedstawicieli. W pustkę tę demos wstawił swoje pragnienia niczym syberyjski dziad grot do upolowania ryby i dał na nie głos, ale głos ten przypadł konkretnym ludziom. W przypadku PiS-u wiadomo, że w przeważającej mierze złoczyńcom, którzy wciąż, jak czynili to ich poprzednicy, będą zabierać niewinnym ludziom pod przymusem i bez pytania pieniądze, aby utylizować je w ZUS, NFZ, reżymowych kopalniach, na „uniwersytetach”, w majaczącym złowieszczo na horyzoncie Narodowym Programie Zatrudnienia i w setkach innych instytucyj, na których współfinansowanie nie wyraziłem zgody, a jednak z finansowania których nie mogę zrezygnować. W przypadku Kukiza pewności takiej nie ma, bo ten osiągnął dobry wynik swojego ugrupowania korzystając z jeszcze większej premii niedopowiedzeń i tyleż buńczucznych (ale nie do przesady, bo w obrębie demokratycznej dogmatyki…), co mętnych enuncjacyj.

Jest natomiast szansa, że powtórzy się scenariusz z lat 2005-2007, kiedy to pomimo socjalistycznych zapewnień przedwyborczych, PiS po dojściu do władzy socjalizm umacniało najmniej ze wszystkich partyj rządzących po 1989 roku. Nie oznacza to oczywiście zawrócenia z jego ścieżki, ale być może postęp na niej nie będzie odbywał się tak szybko, jak wynikałoby to z gróźb o 500 zł czy pogróżek o dokręceniu śruby fiskalnego uścisku. Miejmy nadzieję, że PiS-owczycy okażą się kłamcami w stopniu nie mniejszym, niż są złoczyńcami.


Lewica insurekcyjna i portaliści poświęceni a sprawa polska (przyczynek do syntezy pt. „Warząchew a sprawa polska”)

21. 11. 2014 Fri, 21 Nov 2014 18:47:01 +0000.

Roman Dmowski zauważył pono niegdyś, że wielu Polaków bardziej nienawidzi Rosji, niż kocha Polskę. To święta prawda, o ile oczywiście uznamy, że ktoś, kto tak czyni, jest Polakiem (Roman Dmowski, nacjonalista w końcu, tak uznawał, ale rzecz jest moim zdaniem co najmniej dyskusyjna). Pięknie zaświadczają o tem wzmożone od czasu ostatniego przewrotu kijowskiego enuncjacje lewicowych insurekcjonistów w typie ludzi związanych z „W Sieci”, „Gazetą Polską” czy portalem Niezalezna.pl. Redaktor naczelny „GP” otrzymał nawet niedawno medal Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy (tzn. Republiki Ukraińskiej, nie mylić z normalną Ukrainą), z czego jest, rzecz jasna, dumny:

http://niezalezna.pl/61317-ukraina-dziekuje-tomaszowi-sakiewiczowi-medal-dla-strefy-wolnego-slowa

Wyobraźmy sobie, jakie opinie wygłaszałby p. Sakiewicz na temat kogoś, kto otrzymałby podobne wyróżnienie od bezpieki Federacji Rosyjskiej albo nawet Republiki Federalnej Niemiec… A przecież takie RFN czy FR nie okupują (prawie) żadnych polskich ziem, na zajmowanych przez nie terytoriach nie szaleje kult formacyj dokonujących ludobójstwa na ludności polskojęzycznej, a do tego RFN jest naszym sojusznikiem w ramach Paktu Północnoatlantyckiego i, podobnie jak „Rzeczpospolita Polska”, państwem członkowskim UE. Czegóż jednak spodziewać się po człowieku, który – właśnie! – do tego stopnia nienawidzi Rosji, że z całego serca popiera rusińskich neobanderowców?

Gdy jednak wydawało się, że pozycja propisowskiej lewicy socjalnej jako najlepszej ilustracji słów Romana Dmowskiego jest niezagrożona, okazało się, że jest ktoś, kto pretenduje do odebrania jej koszulki lidera. To portal Fronda.pl, którego autorzy ewidentnie usiłują przebić „dziennikarzy niezależnych”, bywalców „strefy wolnego słowa” i inne media jawnie propisowskie. Warto zapoznać się z ich artykułem napisanym pod wpływem ostatnich zajść w siedzibie PKW.

http://www.fronda.pl/a/wykorzystujac-wczorajsza-okupacje-pkw-przez-prorosyjskie-sily-ewa-kopacz-chce-obciazyc-jaroslawa-kaczynskiego,44216.html

Nad tekstem tym, choć nie jest długi, można by się pastwić bez końca i z wielu powodów. Zawiera takie kwiatki, jak zdziwienie z haseł antypisowskich na manifestacji przed PKW; nazywa PiS prawicą itp. Tymczasem chcę tylko zwrócić uwagę na to, z jaką lubością jego autorzy (a więc pp. Tadeusz Grzesik i Sebastian Moryń) nazywają ludzi, którzy weszli do budynku PKW, „prorosyjskimi” lub „proputinowskimi” opozycjonistami. Ubaw po pachy! Panowie ci piszą na przykład:

Skandal z wyborami samorządowymi pokazał nam, że polska władza i jej instytucje są tak zdegenerowane, że jedynym ratunkiem jest odsunięcie od władzy obecny rząd i zmiana wszystkich instytucji. Reforma PKW to priorytet. Prawo i Sprawiedliwość jako jedyna alternatywa dla obecnego rządu to też największa opozycja w Polsce. Zaproponowana przez nich opcja powtórzenia wyborów jest bardzo mądrym i celnym posunięciem. I miałaby szanse, gdyby nie wczorajsza, sterowana z zewnątrz destabilizacja wywołana przez ośrodki proputinowskiej opozycji w Polsce.

Niejakie problemy z używaniem języka polskiego przez owych frondziarzy zdradzają, jak na moje oko, że są oni sterowani z zewnątrz. A konkretnie z Moskwy. Szczwany ruski szachista-kagiebista specjalnie opłaca ich, by kompromitować obóz antyrosyjski w republice Okrągłego Stołu.

A mówiąc serio: klakierzy Prezesa* zaczynają chyba z wolna denerwować się tym, że prawica rośnie u nas w siłę. To dobry znak. Panowie Braun i Wipler, którzy weszli wczoraj do miejsca, w którym rezydują arcykapłani demolatrii, Polskę kochają, choć każdy po swojemu a żaden z nich tak, jak Przeklęty Dziad (chodzi o sposób, nie o siłę, bo tej oczywiście zmierzyć nie podobna). Być może kocha ją, a w każdym razie coś na jej kształt, p. Winnicki (który jednak pozostając nacjonalistą nie może wznieść się na wyżyny miłości, bo do tego trzeba by przedłożyć uwielbienie Polski nad uwielbienie narodu polskiego). I nienawiść do Rosji nie przewyższa w nich tego uczucia.

Ludzie tacy, jak p. Sakiewicz, dla których rusofobia stała się doświadczeniem pospołu pokoleniowym (młodość w czasach „komunizmu” utożsamianego z władzą Moskwy) i środowiskowym (uczestnictwo w i podziw dla opozycji demokratycznej, poparcie dla „zachodnich demokracji”, pragnienie przerobienia III RP tak, aby stała się „normalnym państwem”, tj. państwem socjalistycznym w wydaniu zachodnim), powoli się kończą. Starzeją się, wykruszają się, niektórzy przeflancowali się na platformerskich konformistów nieskażonych żadną ideą. Choć jeszcze się reprodukują (vide młody p. Wildstein), to jednak wyraźnie już widać, że siła tego nurtu słabnie. Oby zeszli z areny politycznej jak najprędzej, na zasłużoną emeryturę. A w ich przypadku prawdziwie zasłużoną byłaby taka, jaką ich ulubiony ZUS zapewni pokoleniu dzisiejszych dwudziestokilkulatków.

A swoją drogą: piękny syf z tymi wyborami. Serce się w człowieku raduje, gdy widzi, jak chwieje się państwo ludowe!

* Na pomarańczowej belce na stronie głównej Frondy.pl widnieje zakładka „Klakierzy Putina”, przenosząca do humorystycznej strony na fejsbuku.


O tym jak niesforny Włodzimierz rozmowę ze sfornym Donaldem zagajał lat temu kilka

22. 10. 2014 Wed, 22 Oct 2014 19:20:36 +0000.

Nie sądzę, jakoby prawdą było, że prezydent Federacji Rosyjskiej składał premierowi Tuskowi poważne propozycje podzielenia się terytorium Republiki Ukrainy.

Po pierwsze na pewno wiedziałby, że nie ma sensu przedkładać takich propozycji tej akurat znamienitej personie. Przyszły wanrompuj byłby już prędzej skłonny renegocjować z Federacją granicę w Prusiech (otrzymawszy parę klepnięć po pleckach przystałby może na to, by popchnąć ją nieco na południe). Po drugie, gdyby jednak jakimś cudem Putin nie znał wystarczająco dobrze premiera nadwiślańskiej republiki i chciał przedstawić mu tę jakże bulwersującą ofertę, zrobiłby to inaczej, najprawdopodobniej nie wprost.

Jeśli więc propozycję podziału (okrojenia?) terytorium ukrainnego Włodzimierz Putin złożył, był to żart. A że prezydent lubi żarty, wiemy skądinąd. Ot, choćby stąd, że gdy przed kilkoma laty prezydenta Izraela Mosze Kacawa oskarżano (słusznie, jak się miało okazać) o seksualne molestowanie kilku kobiet, zażartował sobie w rozmowie z premierem tego państwa, że „wszyscy mu zazdrościmy”. Pamiętam też, jak ów trefniś mówił, że „Rosja nie prowadzi rozmów z terrorystami” albo jak prawie kajał się za Katyń na łamach „Wyborczej”. Za tym, że mógł żartować przemawia też to, że jest świadom sztuczności tworu, jakim jest Republika Ukraińska (a jest na pewno, co pokazał jeden z wycieków Wikileaks), że zna się nieźle na historii, czy wreszcie to, że w końcu część ziem tej republiki ostatnio zajął.

Jeśli więc poczynilibyśmy założenie, że Radek powiedział prawdę i propozycja rzeczywiście padła, jasnym będzie, że był to żart. Niejasne jest natomiast coś innego, a mianowicie reakcja nadwiślańskich mediów. Skoro ostatnio jest w modzie twierdzić, że Putin jest zły, a równocześnie uważać, że ten ewentualny „rozbiór” jest zły, to skąd cała afera? Zły człowiek proponuje złą rzecz – czyż nie tak właśnie jest w komiksach?! Weźmy do ręki dowolnego „Batmana”, albo, jeśliśmy akurat pod wpływem Donatana odkryli drzemiący w nas słowiański zew, „Kajko i Kokosza”.

Skandaliczne jest natomiast – czego rzecz jasna nikt nie zauważa – zachowanie gościa, który cały ten wywiad z Radkiem przeprowadził, czyli niejakiego Bena Judy. Pan ten w jednym z tłitów, w których odnosił się do sprawy, nazwał propozycję podziału terytorium Republiki Ukraińskiej „nowym [paktem – przyp. RMS] Mołotow-Ribbentrop”. Zauważmy: nazwał tak przedsięwzięcie, które polegałoby na cofnięciu (części) zgubnych następstw rzeczywistego paktu Ribbentrop-Mołotow!

http://swiat.newsweek.pl/radoslaw-sikorski-dla-politico-odpowiedz-bena-judaha-newsweek-pl,artykuly,350232,1.html

Nie wińmy jednak amerykańskiego Żyda za to, że wyznaje holyłódzką wersję historii – nie miał innego wyboru. Trafnie rozpoznał za to, dlaczego Tusk został prezydentem Zjednoczonej Europy: to właśnie takie rzeczy, jak odmowa podjęcia tematu „rozbioru” sprawiają, że idealnie pasuje p. Merkelowej na piastuna owej ultrasynekury.

Jeśli zaś jesteśmy już przy zachowaniu premiera, który zignorował żart (wciąż pozostając przy założeniu, że Radek nie konfabulował udzielając wywiadu), w istocie należy je zdecydowanie pochwalić. Nie dał się nagrać, a to oznacza o jeden hak mniej na niego. Tak trzymać! Choć jeśli miałbym coś obstawiać, uznałbym prędzej, że nasz dzielny Kaszub kagiebowca po prostu nie zrozumiał. No, chyba że rozmowa toczyła się po niemiecku.


„Nóż w plecy” ociemniałych

17. 09. 2014 Wed, 17 Sep 2014 16:42:47 +0000.

Każdego kolejnego siedemnastego września po odwilży 1989 roku słyszy się o „nożu w plecy”. Odnoszę wręcz wrażenie, że ta zbitka słowna przewija się z roku na rok coraz częściej. Oczywiście najbardziej ochoczo używają jej przedstawiciele tzw. środowisk patriotycznych, czyli zazwyczaj ludzie, którzy wyszli wprawdzie ze stanu zaczadzenia telewizją, ale nie doszli do punktu, w którym zaczyna się kojarzenie ze sobą wydarzeń. Tymczasem jeśli uznajemy, że przyczyną agresji sowieckiej na wschodnie tereny II RP był tajny protokół do paktu Ribbentrop-Mołotow, o żadnym „nożu w plecy” nie może być mowy. Wkroczenie Sowietów było wykonaniem postanowień sierpniowego układu, a jego nieuchronność jasna była nie tylko dla wysokich dygnitarzy państw-sygnatarjuszy porozumienia, ale także dla wywiadów państw zachodnich. Byłaby jasna także dla przedstawicieli Rzeczypospolitej, gdyby tylko zechcieli dać wiarę docierającym do nich sygnałom, miast zatracać się w antygermańskim szaleństwie.

Przyjmijmy jednak, że nadwiślańscy włodarze docierające do nich doniesienia o planowanym wkroczeniu Sowietów uznawali za efekt niemieckiej gry na zmylenie przeciwnika. Powiedzmy, że zapomnieli o wydarzeniach sprzed niespełna dwudziestu lat, kiedy bolszewia nieomal zdobyła Warszawę. Powiedzmy, że nie istnieli „Cat” Mackiewicz i Studnicki, publicyści od lat trąbiący o sowieckim zagrożeniu, przewidujący co dokładnie stanie się, w wypadku uwikłania sił polskich w wojnie z Niemcami. Czy wobec tego nie wystarczał… rzut oka na mapę Europy?

Niektóre wydarzenia w dziejach uznaje się czasem za przypadki masowych urojeń, powszechnych zaćmień umysłu, spadających niczem plaga na całe społeczności. W ten sposób patrzeć można na przykład na krucjatę dziecięcą czy rzezie kotów. Wymiękają one jednak przy hipnozie, jakiej uległy sanacyjne elity po śmierci Józefa Piłsudskiego. Wielkiej a niewytłumaczonej wciąż iluzji, polegającej na zniknięciu wielkiego Związku Sowieckiego z pola widzenia Polaków i ludności polskojęzycznej.

Przed siedemdziesięciu pięciu laty nie doszło do żadnego wbicia noża w plecy, jak można by nazwać cios zadany znienacka lub po zdradziecku. 17 września 1939 stało się to, o czym w Londynie, Paryżu i Rzymie wiedziano, że stać się musi, choć pewną konsternację tych stolic (i rosnące z biegiem dni pretensje Berlina) wzbudzało ociąganie się Stalina. Swoją drogą – ociąganie celowe, by dyrdymały o państwu polskim, które przestało istnieć, brzmiały choć trochę wiarygodniej (a poza tym, choć w Sowietach ludzi mnogo, zawszeć to lepiej, kiedy inni brudzą sobie ręce walcząc z Biełopolakami). I gdyby nie wyjątkowe zaślepienie polityków kierujących losami II RP, wiedziano by i w Polsce. „Nóż w plecy” należy więc odłożyć na półkę z turbopatriotycznymi idiotyzmami, gdzieś obok „gwarancji brytyjskich”, białego mitu akcji Burza czy „zdradzieckiej Armii Czerwonej patrzącej na powstanie warszawskie”.


Zły a więc zdrajca. Na okoliczność śmierci gen. Jaruzelskiego

01. 06. 2014 Sun, 01 Jun 2014 13:38:35 +0000.

Zdrajca jest, zdradzonych niet

Z kilku powodów nie mogę szeroko wypowiedzieć się o gen. Jaruzelskim. Najważniejsze z nich to brak pogłębionej wiedzy oraz mający pewne zalety zwyczaj niemówienia (tu: niepisania) źle o zmarłych. Panujące pomieszanie podstawowych pojęć staje się jednak nieznośne do tego stopnia, że postanowiłem zabrać głos.

Wśród wielu oskarżeń, jakie to, co uchodzi u nas za prawicę, kieruje pod adresem zmarłego neofity, znajduje się zarzut zdrady: że Wojciech Jaruzelski był zdrajcą. Czego, kogo zdrajcą?, zapytuję. Żeby kogoś lub coś zdradzić, trzeba najpierw z tym kimś lub czymś być związanym, być może nawet coś ślubować. Zdradzić można żonę lub męża, rodzinę, przyjaciela; niektórzy utrzymują, że także partnera lub naród, do którego się przynależy (co nie trzyma się kupy), albo nawet państwo, którego jest się obywatelem (co w niektórych wypadkach jest wykonalne).

Zmarły składał przysięgę wojskową u progu swej kariery w armii gen. Berlinga, zapewne też ślubował coś później zostając konfidentem zbrodniczej Informacji Wojskowej. Przez całe dorosłe życie służył wiernie komunizmowi i swoim sowieckim panom, niezależnie od tego, czy był komunistą, czy też, jak twierdził pod koniec życia, tylko udawał (w co jestem w stanie uwierzyć). Sprawy komunizmu nigdy nie zdradził, Moskwie oddany nigdy być nie przestał, a przynajmniej nic o tym nie wiadomo. Skąd zatem pomysł, by nazywać go zdrajcą?

Sowiecki oficer a służba Polsce

Uznawanie go za zdrajcę Polski czy Polaków ma tyle samo sensu, co – jakże częste jeszcze przed kilkoma laty! – określanie mianem zdrady zachowania Armii Czerwonej czekającej w sierpniu i wrześniu 1944 roku na prawym brzegu Wisły na wykrwawienie się sprowokowanego przez siebie warszawskiego powstania. A niewykluczone, że nawet mniej sensu – wszakże „braterstwo broni” rzeczywiście między żołnierzami polskimi i sowieckimi istniało, a od zawarcia paktu Sikorski-Stalin (zwanego u nas dla niepoznaki paktem Sikorski-Majski), Sowiety były w najlepszym przypadku „sojusznikiem naszych sojuszników”, a w najgorszym po prostu „naszym sojusznikiem”. Jak można dziwić się, że Armia Czerwona nie pomogła powstaniu, kiedy właśnie jej celem było niepomaganie, skoro powstała ona m.in. po to, by Polskę unicestwić? Skoro „stanie z bronią u nogi” oznacza zdradę, a odpowiedzialny za nie był Stalin, to on musi być zdrajcą, czyż nie? Ach tak, oczywiście, przecież 17 września 1939 roku też był zdradą!

Zgodnie z tą logiką zdrajcą Polaków był również Hitler, a wcześniej JKM Karol X Gustaw szwedzki, Wielki Mistrz OT Ulryk von Jungingen, książę czeski Brzetysław i w ogóle wszyscy, którzy toczyli walki z armiami uznającymi się za polskie lub po prostu szkodzący Polsce. Największym zdrajcą smerfów był zaś Gargamel, który przecież nigdy nie powtarzał „jak ja nie cierpię smerfów” – i dlatego mogły one być pewne, że wystający zza krzaka łysy łeb tego zboczeńca zwiastuje łakocie, dobro i witaminy, a nie niebezpieczeństwo. Nazywanie jawnego patrioty sowieckiego zdrajcą Polski nadaje się może do „pisowskich” (albo „publicznych” za rządów PiS-u) mediów, ale nie ma sensu. Nie każdy człowiek działający na krzywdę Polski jest jej zdrajcą, a zwłaszcza nie jest nim jej oczywisty i odwieczny wróg – Sowieciarz, by użyć wyszłego już z mody, określenia polskiej publicystyki przedwojennej.

Inną kwestią jest możliwość ustalenia, czym ta krzywda w istocie jest. Nie chcę zajmować się tu dociekaniem, czy Sowieci (zwani u nas, jakże błędnie, „Ruskimi”) weszliby czy nie weszli (choć warto nadmienić, że wedle zgodnej opinii znawców tematu, nie mieli takiego zamiaru), ani też innymi problemami związanymi z oceną poszczególnych działań gen. Jaruzelskiego. Osobliwie wprowadzenie stanu wojennego wydaje mi się rozwiązaniem stosunkowo mało kontrowersyjnym, w przeciwieństwie do zwrotów akcji w dramacie, jakim są przedwojenne, wojenne i świeżo powojenne losy gen. Jaruzelskiego. Ale to właśnie ci, którzy nazywają zmarłego „zdrajcą”, powołują się na rzekome zdradzenie „Polski i Polaków”, nie porywając się przy tym na trud zdefiniowania na czym miałoby ono właściwie polegać.

Wallenrod wiecznie żywy

Dorosły gen. Wojciech Jaruzelski Polsce nic nie ślubował ani jej nie służył (chyba że za taką służbę uznamy pomoc Armii Czerwonej w walce z Wehrmachtem…). U zarania powojennego ładu świata wybrał, jak tysiące innych podobnych mu ludzi, działanie przeciwko Polsce i Polakom, choć być może nie zdawał sobie z tego sprawy. Możliwe, że wierzył, iż współuczestnicząc w budowie nowej, socjalistycznej „ojczyzny”, postępuje tak, jak powinien, jak chcieliby tego jego przedwojenni wychowawcy, albo że po prostu nie ma innej możliwości – tak jak dziś wielu przekonanych jest, że postępują właściwie budując państwo demokratyczne. Pozostaje to zresztą bez znaczenia dla faktu, że raz obraną ścieżką kroczył konsekwentnie i z niej nie zbaczał. Nie zdradził. Zdrajcą okazał się natomiast płk Kukliński, który złamał przyrzeczenie dane socjalistycznemu państwu i ludowemu wojsku, czyniąc to być może z miłości do Polski.

Jednoznaczność takiej oceny jest oczywista i smutnym jest, że tylko najzatwardzialsi postkomuniści i garstka sierot po Paksie uznaje pułkownika za zdrajcę (którym, powtórzmy to raz jeszcze z całą mocą, niewątpliwie był). W skonstatowaniu tego nieskomplikowanego przecież stanu rzeczy stoi na przeszkodzie przedziwne bielmo założone na polskie oczy jeszcze przez romantyczny wallenrodyzm, który do naszych czasów – niestety – ewoluował. Skoro nie można osiągnąć swoich celów po męsku, z podniesioną przyłbicą, knujmy, łżyjmy i zdradzajmy, a nasze podłe środki niechaj uświęci szczytny cel! Gdy jednak cel ten w końcu osiągano – w wypadku płk. Kuklińskiego było to rozwiązanie Układu Warszawskiego – a wallenrodowie stawali się herosami nowej rzeczywistości, należało przezwyciężać dysonans między nikczemnością ich działań a światłością (często urojoną) celów. Płk Kukliński, jawny zdrajca ludowego Wojska Polskiego i PRL, musiał przestać być zdrajcą nie tylko Wojska Polskiego i PRL, ale i zdrajcą w ogóle.

Tym właśnie pookrągłostołowy wallenrodyzm różni się od Mickiewiczowskiego. Romantyczny dramatopisarz nie ocenia swego bohatera z taką łatwością, a sam Wallenrod wie, że traci honor, staje się moralnie pognębiony. Nie otacza go nimb chwały; żadnemu pozytywnemu bohaterowi Mickiewicza nie przyszłoby do głowy wciągać imienia Konrada na sztandary (tak przynajmniej bym obstawiał). Płk. Kuklińskiego owszem na sztandary wciągać należy, jeśli jest się pozytywnym bohaterem narracji pookrągłostołowej – zwłaszcza w wydaniu „prawicowym”.

Dobry nie może być zdrajcą, zły zdrajcą być musi

Dlaczego III RP nie może przedstawiać płk. Kuklińskiego jako „zdrajcy kwalifikowanego”, tj. właśnie człowieka, który nie sprzeniewierzył się wszystkiemu w ogóle, ale właśnie wojsku i państwu, któremu służył? Byłoby to zgodne z prawdą, pozwoliłoby pokazać całą złożoność tej postaci, dylematów, przed którymi stawał etc.

Otóż powody są dwa: jeden szczególny, drugi ogólny. Powód pierwszy polega na tym, że gdyby wprowadzić postulowaną wyżej dystynkcję, należałoby zauważyć i przyjąć do wiadomości, że wojsko i państwo socjalistyczne były jednak czymś zupełnie innym niż wojsko i państwo polskie, a równocześnie przyjąć, że wywiad Państw Zjednoczonych Ameryki Północnej i same PZAP stoją moralnie wyżej niż PRL ze swą armią. Takie uczciwe postawienie sprawy doprowadziłoby do sytuacji, w której niezaprzeczalne odium zdrady łagodzone byłoby w pewnym stopniu istotą tego, co było zdradzane, jak również tego, na rzecz czego zdrada została dokonana. Skonstruowanie podobnego przekazu jest jednak niemożliwe w postkomunistycznym państwie stworzonym przez gen. Kiszczaka i konfidentów jego SB z „opozycji” demokratycznej (opozycja była z nich żadna, demokraci natomiast szczerzy). Drugim powodem, dla którego nie może w III RP zaistnieć kategoria „zdrajcy kwalifikowanego” jest głębokie upośledzenie umysłowe rządzącego nią kolektywnego suwerena, demosu, który przecież nie jest zdolny zrozumieć nie tylko takiej konstrukcji, ale nawet rzeczy nieporównanie prostszych (np. tego, że jedni ludzie nie powinni decydować o emeryturach innych ludzi, czy tego, że życie ludzkie nie może być dla katolika najwyższą wartością).

Kukliński więc „zdrajcą” nie był, bo był „dobry” – to wallenrodyczny pierwiastek polskiej duszy sprawia, że ten fałsz utrzymuje się. Gen. Jaruzelski, któremu można przypisać naprawdę wiele złego, ale nie zdradę, staje się „zdrajcą”, bo był „zły”, na zasadzie wallenrodyzmu odbitego. Gdyby przecież w 1981 roku, zamiast wprowadzać stan wojenny, zrealizował trockistowskie postulaty „Solidarności”, a może i dopuścił ją do współrządzenia wbrew nakazom swych sowieckich mocodawców (przeprowadził operację Okrągły Stół osiem lat wcześniej) – gdyby zatem sprzeniewierzył się swemu szefostwu, wierchuszce KPZS – nie byłby dziś „zdrajcą” dla coraz liczniejszych polskich turbopatriotów!

Szkoda, że rzeczy te pozostają w Polsce niepojęte. Wskutek podobnego pomieszania znaczeń cierpi wciąż Alexander hrabia Wielopolski, margrabia Gonzaga-Myszkowski (1803-1877), wybitny polityk, zupełnie niezrozumiany przez większość współczesnych mu i następujących po nim rodaków. Nie stawiam go w jednym rzędzie ze zmarłym przed kilkoma dniami zbrodniarzem i sowieckim patriotą, ale także i jego określano, niesłusznie, mianem zdrajcy. Bałagan umysłowy panujący wśród styropianowej „prawicy” szkodzi więc rykoszetem także i postaciom godnym uznania, takim, jak margrabia (choć szanse na jego docenienie przez polskich „prawicowców” są równe ryzyku docenienia przez nich gen. Jaruzelskiego). A o świeżo zmarłym generale, żeby wypełnić owo bene (de mortuis nihil nisi bene), napiszę, że posługiwał się zacną polszczyzną.

PS Właśnie się dowiedziałem, że jakieś niewinne dziewczę nazwało było zdrajcą Donalda Tuska. Rzecz to urocza, ale też niezwykle pasująca do wyłożonej przeze mnie wyżej tezy o istnieniu automatyzmu „nie lubię cię, więc jesteś zdrajcą”. Drogie dziewczę, w przypadku napotkanej przez ciebie kreatury moglibyśmy mówić o zdradzie, dopiero wtedy, gdy zaczęłaby ona prowadzić politykę polską…!


O pladze wszystkoznawczej słów kilka

06. 09. 2013 Fri, 06 Sep 2013 01:35:35 +0000.

Powszechne wszystkoznawstwo popod meblościanką

Niegdyś sądziłem, że ludzie bredzący na temat ekonomii, prawa, polityki wewnętrznej i zagranicznej etc. to po prostu głąby. Najzwyczajniej: facet pieprzył androny o cenach, wyrokach, Sejmach, więc oplakietkowywałem go jako buca. No bo jakże – myślałem – inaczej ustosunkować się do gościa równocześnie domagającego się socjalu, ględzącego o rozstrzeliwaniu za jakieś drobne przewiny i bełkocącego swe mądrości o tym, jak to trzeba postępować z Niemcami, a wszystko to znad sałatki warzywnej i śledzia, z zadęciem i tonem nie znoszącym sprzeciwu, jakby ogłaszał prawdy objawione? Podejście to było błędne, bo głąbstwo takiego kogoś jest znacznie bardziej złożone i w żadnym razie nie można nazwać go głąbstwem „po prostu”.

Jak terytorium III RP długie i szerokie, taki facet siedzi w co drugim (albo i w co półtora) domu. Z reguły na kanapie, siedzi i czyha na odpowiedni moment: kiedy przyjdą goście, szwagier czy kolega, albo kiedy nadarzy się jakaś inna okazja do ględzenia (w akcie desperacji może wyżyć się nawet na żonie). Rozmówca – kolejny taki sam facet – nigdy nie pyta o to, czemu taki gość nie podzieli się z kimś swą wiedzą, skoro ją posiadł; a w ogóle to czemu gnije na tej wzorzystej kanapie miast brylować w wielkim świecie robiąc użytek ze swego intelektu. Co jednak w tym najdziwniejsze, tacy goście są rozplenieni pośród wszystkich „warstw społecznych”. Różnią się co do szczegółów, ale istota pozostaje ta sama. Po trosze każdy z nas, z piszącym te słowa włącznie, ma cechy takiego faceta – nie łudźmy się, to nieodzowny element demokracji. Istnienie wszystkoznawcy to wręcz jej klątwa, plaga, jaka spadła na świat za pychę, na fundamencie której wzniesiono demokratyczny gmach.

Przyjrzyjmy się mu więc. Dla syntetyczności wywodu wielość typów domowego wszystkoznawcy ględzącego ograniczyłem do dwóch.

Typ typowi właściwie równy

Klasyczny typ z zapyziałej wsi lubo z podłego miasteczka będzie artykułował inne pomysły (i czynił to oczywiście innym językiem) niż przedstawiciel wielkomiejskiej obrazowanszcziny. Pierwszy typ prezentuje mądrość ludową ery porewolucyjnej, boleśnie zaświadczając swym jestestwem o zatarciu się dawnych ról społecznych. Często jest oszczędny w słowach (uważa, że to męskie), ma za to inklinacje do popełniania pewnych charakterystycznych gestów (klasyczne jest machnięcie ręką wyrażające „a, daj pan spokój”) a nawet do specyficznej mimiki ilustrującej odrazę. Facet typu pierwszego w swe bzdury na dany temat wplata często bzdury na inny temat nie przejawiając „żadnej dystynkcji w rozumowaniu”. Zaślepiony jest nader często propagandą jednej z partyj (obecnie jest to przeważnie PiS, ale niekoniecznie), co nie przeszkadza mu wygłaszać postulatów stojących w jaskrawej sprzeczności z linią tej partii. Często się zapluwa i zacietrzewia. Ogólnie nie zachwyca jakością występu.

Bredzącego faceta typ drugi pozornie zasadniczo się różni. Gość typu drugiego staranniej dobiera słowa, cedzi je nawet niekiedy, a niemal zawsze się swemi słowy egzaltuje. Jest dalece grzeczniejszy i o wiele bardziej rozmemłany, gdyż używa „aczkolwiek” oraz „z drugiej strony”. Stwarza przez to pozory człowieka, który „swe” poglądy przemyślał i poukładał, a przy tym potrafiącego zachować do nich dystans, mogącego zdobyć się na owo aczkolwieczne zniuansowanie. O ile facet typu pierwszego miał wąsy, okaz typu drugiego charakteryzuje się gładką powierzchownością oraz okularami. Nie patrzy gniewnie i emanuje dobrodusznością, cała jego dusza zdaje się wyśpiewywać Wolterowski szacunek dla poglądów rozmówcy. Podobnie jak typ pierwszy, nie potrafi trzymać się w dyskusji jakiegoś wątku, ale rozbijających narrację przeskoków tematycznych dokonuje niepostrzeżenie. Bardzo często zgadza się z rozmówcą, mimo że przed minutą deklarował stanowisko przeciwne wobec niego. Podczas gdy typ pierwszy używa słowa „powinni”, typ drugi mówi „powinniśmy”, jest bowiem przekonany, że stanowi część większej całości, a w skrajnych przypadkach uważa, że jest cząstką „społeczeństwa obywatelskiego”. Facet typu drugiego również zaślepiony jest ideologią sączoną do jego mózgu przez media, odczuwa jednak większą niż typ pierwszy potrzebę wypierania tej okoliczności, a to dlatego, że wierzy, iż można dochodzić do rozmaitych wniosków samodzielnie oraz że on właśnie to robi. Inaczej niż tamten, co do zasady nie jest zbyt skory do deklarowania poparcia dla jakiejś partii. Podświadomie odczuwa tendencję do zaniku wiarygodności przekazu medialnego, przez co rodzi się w nim pewne zwątpienie co do intencyj partyj jako takich, a nawet co do samego systemu ludowładczego. Nie jest jednak na tyle odważny, aby zwątpienie to podjąć i rozwinąć.

Homo omnibus ględziens domesticus wobec wyzwań demokratycznego zapętlenia

Otwarta pogarda wobec demokracji zdarza się więc częściej u okazów typu pierwszego, choć wciąż pozostaje zjawiskiem marginalnym. Zgodnie z chińską (ponoć) zasadą medycyny – a wbrew zasadom zachodniej logiki – zarówno typ pierwszy, jak i drugi, w momencie napotkania na ścieżce swego ględzenia ewidentnego problemu wynikającego z istoty demokracji, zaleca najczęściej leczenie go… zwiększeniem stopnia demokracji.

Jest to szczególnie wyraźne u typu drugiego, ponieważ typ pierwszy wykazuje wiele elementów patriarchalno-roszczeniowych, a więc uważa, że problem, dajmy na to, źle działającego szkolnictwa winien być rozwiązany przez jakowychś onych. Jest to postawa niedemokratyczna, ale tylko pozornie – bo owi przeklęci oni pochodzą przecież z demokratycznych wyborów. Przedstawiciel typu z wąsami nie myśli jednak o tym w tym akurat momencie (nie może myśleć o zbyt wielu rzeczach na raz). Typ gładki w takiej typowej dla demokracji problematycznej sytuacji (jak np. owe źle działające szkoły) będzie raczej skłonny do proponowania „brania spraw w swoje ręce”, np. poprzez wybór innych władz lokalnych. Jak widać, oba typy są spaczone ludowładczo, a różnica między nimi sprowadza się w rzeczywistości do rozłożenia akcentów. Akcentowanie (oni „rozwiązujący” problem w typie pierwszym i my „rozwiązujący” problem w typie drugim) stanowi odbicie przyzwyczajeń intelektualnych, które symbolicznie nazwać możemy odpowiednio pańszczyźnianymi oraz tefałenowskimi.

Przebłyski rzeczywistości docierają do przedstawicieli obu typów, od różnych jednak stron. Myśl o niegodziwości ludowładztwa kiełkuje w głowie przedstawiciela typu pierwszego, ponieważ jest on silniej osadzony w tradycji. Wspomniana porewolucyjna mądrość ludowa, jaką uprawia, przechowała w sobie pewne pierwiastki dawnego ładu świata. Niemożliwe do wydzielenia, funkcjonują jednak w umysłowości przedstawiciela tego typu. Z drugiej strony, jako człowiek, który uważa, że „twardo stąpa po ziemi”, widzi, jak funkcjonują niezawłaszczone przez państwo przedsiębiorstwa (np. sklepy, firmy przewozowe, zakłady usługowe) oraz niemożliwe do całkowitego zniszczenia komórki społeczne (np. rodzina, grupa sąsiedzka). Widzi i zauważa, że funkcjonują dobrze, ponieważ istnieje w nich naturalna hierarchia, brak w nich kadencyjności i innych grzechów pierworodnych demokracji, że ich uczestnicy nie korzystają z demokratycznej władzy absolutnej, że stosunki między osobami partycypującymi w nich oparte są na dobrowolności (przedsiębiorstwa) albo wynikają z samej natury człowieka (rodzina). Mimo zmasowanego ataku intelektualnego, przedstawiciel typu pierwszego ma w sobie uśpiony instynkt antydemokratyczny.

Propagandową zaćmę przedstawiciela typu drugiego może leczyć natomiast tlący się w nim sceptycyzm. Ponieważ typ drugi stosunkowo dobrze odbiera kulturowe ruchy tektoniczne, ma szansę na odczuwanie względności docierających do niego przekazów. Używa popkultury w stopniu wyższym niż typ pierwszy, a w związku z tym zapoznaje się z dominującymi w niej motywami zmienności, fluktuacji, niejednoznaczności. Jest mniej impregnowany na postmodernizm. Pomimo że wiele twierdzeń przyjmuje apriorycznie, zdaje sobie często sprawę z umowności oraz swego rodzaju losowości otaczających go konwencyj. W wulgarnej formie wyrażać to może przemyśleniem, że „przecież gdybym urodził się w Rosji, byłbym prawosławny” albo „gdybym miał wysokie dochody, nie chciałbym podatku progresywnego”. Zdaje sobie więc w sposób ograniczony sprawę z istnienia rozmaitych wzorów kultury, a także z ich uwarunkowań geograficznych, społecznych, historycznych etc., co może wyrazić np. ordynarnym „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Jako osoba ukąszona relatywnie, może więc wątpić w bezalternatywność obowiązującego ładu.

Przeklęty Dziad optymistą!

Oba typy łączy niezawisłe przekonanie o tym, że znają się na rzeczy: na tej polityce, prawie, ekonomii (choć typ pierwszy może nie używać nawet słowa ekonomia, a typ drugi może strzelić specjalistyczny wykład o wpływie bezrobocia frykcyjnego na inflację strukturalną). Nie wydaje się, aby możliwy był zanik tego przekonania w przewidywalnej perspektywie czasowej; zbyt mocna jest potrzeba owego znawstwa w epoce, w której mężczyzna ma takie problemy z autentycznym wykazaniem się na innych polach. Oba typy łączy ponadto potężne, tak typowe dla narodów o komunistycznej przeszłości, pragnienie kompensacji niedoborów materialnych i niespełnionych ambicji. Siła tego pragnienia jest ogromna i doprawdy próżno by starać się wróżyć jej osłabnięcie. Każdy homo omnibus ględziens domesticus ślepo wierzy w to, że wypowiada swoje poglądy oraz że mówi swoimi słowami. Każdy mniema, że jest częścią zbiorowości i jest przekonany o istnieniu społeczeństwa (czy też narodu) jako bytu realnego. Nie istnieją póki co widoki na umniejszenie tych iluzyj, a zresztą być może byłoby to bezcelowe.

Jest jednak pośród licznych złych cech owych domorosłych wszystkoznawców jedna, która wydaje się być stosunkowo słabo osadzona w ich psychice. Jest nią właśnie wiara w demokrację i wynikające z niej pragnienie urządzania żyć innym, obcym ludziom. Urządzania właśnie, bo do tego przecież sprowadzają się ich tyrady o „prawidłowej” organizacji reżymowej „służby zdrowia”, placówek oświaty, przedsiębiorstw oraz wszelkich innych ośrodków państwowej przemocy personalno-fiskalnej (jak szkoły czy urzędy), bądź czysto fiskalnej (jak placówki kulturalne czy instytuty; a więc miejsca, do których odwiedzania reżym nie przymusza). Powyżej wskazałem na szczeliny, którymi rzeczywistość może wkradać się do ich umysłów. Są nimi z jednej strony tradycja, z drugiej postmodernistyczny sceptycyzm poznawczy, a więc fenomeny pozornie przeciwstawne, w tym dziele możliwe jednak do zaprzężenia w jeden rydwan. Połączone tworzą oręż zdolny do wyrwania się z okowów nieubłaganego Postępu.


Rzecz o panach i chamach

14. 08. 2013 Wed, 14 Aug 2013 21:23:35 +0000.

Zbrodnia i kary

Przed mniej więcej tygodniem kibice Lecha Poznań wywiesili na trybunach transparent o treści „Litewski chamie, klęknij przed polskim panem”. Jak można sądzić na podstawie przecinka zawartego w tym krótkim komunikacie, bardzo się starali. Starania te zostały docenione przez media, które ochoczo sprawę nagłośniły. Stała się ona z jednej strony klasyczną sierpniową zapchajdziurą medialną, z drugiej – dała możliwość poużywania sobie przez prywiślańskich poprawnościowców. Prym wiedzie tu niezawodna „Gazeta Wyborcza”, dla której okazje takie są darem od Istoty Najwyższej (albo, jak chcą niektórzy, masońskiego trójkącika opatrzności) i która zorganizowała wzruszającą akcję zbierania podpisów pod listem przepraszającym jakichś Litwinów.

Także sługi reżymu poczuły się zobowiązane do zainteresowania się sprawą. Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie znieważenia osób bądź grup ludności w związku z jej przynależnością narodową, etniczną, rasową czy wyznaniową (za co grozi kara do trzech lat więzienia). „Wojewoda” wielkopolski zadecydował sobie o zamknięciu trybuny  na kolejny mecz. Jak powiedział ten człowiek o bardzo słabej wyobraźni: „Wszystkie granice zostały przekroczone”. Swemu żalowi i ubolewaniu dały wyraz MSZ, MSW, PZPN… O ile się nie mylę, także UEFA przebąkuje coś o karach. Tak zmasowany atak rozmaitych organizacyj każe zastanowić się, czy oby w postępowaniu kiboli (nie jest to określenie ujemne, ci kibice sami się tak nazywają) nie było czegoś słusznego.

Kim jest cham?

Dokonajmy zatem analizy zaprezentowanego przez nich hasła. Kim więc jest cham? Rozumienia mogą być dwa – jedno tzw. historyczne, drugie bardziej współczesne, ale oba ściśle się zazębiające. W znaczeniu tzw. historycznym cham to po prostu osoba niskiego stanu, chłop, parobek. Słowo to było zrazu właściwie deskryptywne, choć zawierało element negatywnej oceny. Przedrozbiorowe etymologie podawały, że Polacy (szlachta) wywodzą się od Jafeta, Żydzi od Sema, a plebejusze – właśnie od ostatniego z synów Noego, Chama, czyli tego, który to niewłaściwie postąpił z pijanym ojcem.

Dla herbowych wszystko się zgadzało. Semitami być nie mogli, bo od Sema wywodzili się Żydzi, Chamami też być nie mogli, bo lubili Noego (było nie było – pijaka i patriarchę), bez problemów mogli natomiast wywieść się od Jafeta. Dla chłopów pozostawał Cham, jako gość nieokrzesany, bez manier, co to nie dość, że nie okrył nagości swego zamroczonego alkoholem ojca, to jeszcze zawołał braci ku większej sromocie. Po prostu cham, jako ten Jańcio z folwarku, co się wysłowić nie umie albo jak ten Maciek, który w nosie ciągle dłubie, a zresztą – jak oni wszyscy w ogólności, dla których szczytem ogłady jest używanie łyżki i chodzenie w koszuli, co to ni słowa po łacinie nie znają, w gusła wierzą, sejmować praw nie mają, śpią tam, gdzie jedzą i w ogóle jedną izbę mają w tych nędznych chatynkach. Chamy. Ale przecież chamy pożyteczne, bo bez nich nie miałby kto na polach robić, bez nich ziemia by nie rodziła, drzewa nie owocowały, ryby na stół pański by nie trafiały. Chamy bardzo potrzebne.

Znaczenie współczesne słowa cham koncentruje się na ujemnej stronie chamowatości. Nie opisuje więc człowieka niskiego stanu, ale wyłącznie to, co niskiego stanu bywało następstwem, a zatem brak manier czy nieokrzesanie. Jest to więc chamowatość połowiczna w stosunku do pierwotnej, ale jej związek z dawną pozostaje wciąż silnie zauważalny. Prawdopodobnie takie semantyczne ograniczenie chamowatości jest rewersem inflacji pańskości – od kiedy każdy komornik czy inny gołodupiec stał się „panem”, jakoś nie pasowało, aby tego nowo wyklutego „pana” zwać równocześnie chamem.

Drogi do dwudziestowiecznej Litwy

Wskutek wielu unij zawieranych przez Koronę Polską z Wielkim Xięstwem Litewskim liczne rodziny litewskie oraz ruskie z ziem Xięstwa przyjmowane były do polskich herbów. W ten sposób ich członkowie stawali się niepodważalnie szlachcicami uznawanymi w obu bratnich państwach. W przypadku niektórych rodów (zwłaszcza ruskich) było to właściwie formalnym regresem – bo jak inaczej nazwać można zmianę statusu z xiążęcia, tytułu utrwalającego Rurykowe albo Mendogowe pochodzenie, na status pana brata, równego przecież nie tylko wojewodzie, ale i szlachcicowi na zagrodzie? Regres dotyczył jednak tylko niewielkiej sfery deklarowanych praw politycznych, a poza tym równoważony był korzyściami innej natury. Unie prowadziły do upowszechniania się polskiej kultury wśród Litwinów (w znaczeniu obywateli Wielkiego Xięstwa, a więc także etnicznie ruskich), bynajmniej nie wskutek przymusu państwowego. Europa epoki przedrewolucyjnej nie znała przecież administracyjnych sposobów wywierania wpływu na decyzje narodowościowe. Litwini przyjmowali polski język i kulturę co do zasady dobrowolnie, najczęściej zauroczeni ich mocą, na zasadzie osmozy. Korona nie naciskała w tych kwestiach, podobnie jak nie protestowała, gdy wśród litewskich panów szerzył się kalwinizm. Możni z Wielkiego Xięstwa polonizowali się.

Gdy w XIX wieku nad żmudzkim wybrzeżem Bałtyku szerzyć poczęła się nowomodna ideologia nacjonalizmu, starła się ona z tradycją Wielkiego Xięstwa. Zwolennicy obu idei poglądów prezentowali dwie skrajnie odmienne wizje przyszłości Litwy i nie zgadzali się właściwie co do zasadniczej sprawy – czym przyszła, nowa Litwa ma być? Czy wielonarodowym xięstwem, jak niegdyś, które być może powinno na powrót połączyć się z Koroną (gdy ta się odrodzi); czy raczej państwem etnicznym, Litwą dla Litwinów, tj. ludzi posługujących się językiem litweskim?

Nie miejsce tu na drobiazgowe relacjonowanie ścierania się dwóch tych opcyj. Dość powiedzieć, że na przełomie wieków XIX i XX językiem litewskim mówili: po pierwsze chłopi i nieliczni robotnicy, a więc ludność, która nigdy nie weszła w ściślejszy kontakt z kulturą polską; po drugie maniacy nowej litewskości, rozmaici Młodolitwini, którzy wykuwali swą – i niestety nie tylko swą – tożsamość w opozycji do polskości. Często ich językiem ojczystym był polski i sami byli w polskiej kulturze wychowani, ale dorastając odrzucali ją. Przeciwko nim występowali tzw. Starolitwini, tj. Litwini w sensie mickiewiczowskim, wołający po polsku „Litwo, ojczyzno moja” i uwielbiający zarówno Litwę, jak i swą dużą ojczyznę – Rzeczpospolitą. Nie zniszczyło ich ponad sto lat w Imperium Rosyjskim, na Ziemiach Zabranych. Śnili albo o potężnym dwuczłonowym państwie, jak to z czasów Orszy i Kłuszyna, albo – prezentując bardziej nowoczesne odchylenie – o federacji przyjaźniących się Korony i Litwy. Spór o kształt litewskiej państwowości po Wielkiej Wojnie wygrali Młodolitwini, a więc ludzie pragnący okaleczyć Litwę zamykając ją w granicach małej, nadbałtyckiej republiki; rezygnujący z pozycji, jaką wywalczyli pod Giedyminem, Olgierdem i Witoldem ich pradziadowie, którzy poili swe konie u ujścia Bohu do Morza Czarnego. Rezygnujący – w imię idei państwa narodowego, niepojmowalnej dla budowniczych dawnej Litwy.

Rodziło to rozliczne problemy natury narodowościowej. Pęknięcie na dwa narody stało się udziałem wielu rodzin (m.in. Narutowiczów), wybitne jednostki nie mogły przez długi czas odnaleźć się w nowo powstałej, tragicznej dla nich sytuacji, w której musieli zadecydować, czy wolą być Polakami, czy Litwinami, ponieważ odtąd te dwie komplementarne cechy miały stać się wzajemnie wykluczającymi się orientacjami (tak było np. w przypadku Michała Piusa Römera, dziekana Wydziału Prawa kowieńskiego uniwersytetu). Z tym rozdarciem radzono sobie na różne sposoby, najczęściej jednak wybierając ostatecznie przynależność do narodu polskiego albo litewskiego. Poczucie przynależności w stylu starolitewskim zaczęło z biegiem lat uchodzić za pięknoduchostwo, czy – zwłaszcza w międzywojennej republice litewskiej – wręcz nieokreśloność szkodliwą dla interesów nieprzyjaznych sobie republik, ocierającą się o zdradę. Demokratyczny republikanizm nie był w stanie zaakceptować tożsamości ignorującej wersalski porządek. W II RP patrzono na takich Litwinów bardziej wyrozumiale, najprawdopodobniej dlatego, że uznawano element polski za dominujący w historycznym małżeństwie polsko-litewskim, a także, jak wolno przypuszczać, ze względu na osobę Józefa Piłsudskiego.

Republika chamów

Czy to jednak nie Wielkie Xięstwo było faktycznym przechowalnikiem jakkolwiek pojmowanej idei Litwy? Choć staram się rozumieć dylematy towarzyszące ludziom dwudziestolecia międzywojennego i schizmę tożsamościową jaką zgotowali im ówcześni politycy, nie mogę zrozumieć dlaczego za Litwę uznawać każą nam dzisiaj Żmudź z Auksztotą (wraz z kilkoma piędziami ziem położonymi na południe od nich) oraz Kłajpedą. Dzisiejsza Republika Litewska jest w istocie Bałtolitwą, bladym cieniem potęgi, jaką stanowiła w unii z polską Koroną.

Ludzie, którzy stali na czele Wielkiego Xięstwa, oraz szlachta tego państwa (tak litewska, jak i ruska – często wskutek wcześniejszej rutenizacji) dobrowolnie się polonizowała – w przeciwieństwie do tamtejszych chamów. Czy uosobieniem litewskiej przeszłości jest Wielkie Xięstwo czy nadbałtycki kraik zaprojektowany przez fanatyków skarłowaciałej, etnicznej i chłopskiej (a więc chamskiej) litewskości? Czy symbolem Litwy ma być Adam Mickiewicz czy chłop, którego wieszcz wprawdzie doceniał, ale nie rozumiał nic z jego mowy?

Barwami bałtyckiej republiki są żółty, zielony i czerwony; barwą Litwy wielkoxiążęcej – jest czerwień, na której dumnie prężą się koń i jeździec Pogoni. Kibole używając barw republiki lapidarnie wyrazili całą złożoność tej sytuacji. Trudno powiedzieć na ile ich działanie było świadome. Można także mieć zastrzeżenia co do drugiego członu sloganu („klęknij przed polskim panem”), który równie dobrze mógłby brzmieć „klęknij przed litewskim panem”, bo przecież na Litwie panami byli nie tylko przybysze z Korony, choć oczywiście nawet autochtoniczna szlachta mogła w wiele lat po uniach mówić o sobie jako o Polakach w znaczeniu obywateli Rzeczypospolitej. Rozumiałbym zatem w ostateczności zastrzeżenia salonowców, gdyby dopominali się o dodanie do sloganu „pana litewskiego” obok „polskiego”, aby oddać całą gamę możliwości klękania przez „litewskiego chama”. Nie będę jednak ubolewać nad tym brakiem, ponieważ, co zrozumiałe, Wielkopolanie winni utożsamiać się jednoznacznie z Koroną i chyba wolno im w ramach drobnej uszczypliwości nakazywać litewskiemu chamowi hołdowanie Koroniarzowi.

Na zakończenie dowcip: dziennikarz bądź polityk przeczytał powyższy wpis Przeklętego Dziada i go zrozumiał.


Z jakiej polskości duma?

13. 10. 2012 Sat, 13 Oct 2012 20:34:10 +0000.

Czy można być dumnym z polskości?

Zaczęła się już jesień, a to oznacza rychłe obchody rocznicy 11 listopada. W tym roku, ze wszech miar słusznie, godnie uczczono także pamięć o wydarzeniach z 7 października 1918 roku. Obchody dni niepodległości sprzyjają wzrostowi politycznej temperatury, są okazją do zamanifestowania polskości, a także dumy z polskości.

Deklaracje tej dumy zdarzają się oczywiście także poza podobnymi okazjami, w codziennych dyskusjach. Wielu ludzi składa je po trosze na przekór nachalnym kosmopolitycznym trendom, po trosze podążając za potrzebą serca, budując w ten sposób poczucie własnej wartości. Choć często nie jest to wprost artykułowane, owo poczucie wartości wspiera się zazwyczaj na przekonaniu o moralnej wyższości Polaków nad innymi narodami. Historia Polski, szczególnie ta porozbiorowa, wykładana w szkołach i mediach obecnego reżymu dostarcza aż nadto przykładów, które mogą być użyte do uzasadnienia takiej wyższości.

Argumentacja ludzi dumnych z bycia Polakiem sprowadza się przeto do przywoływania polskich zasług i cierpień. Łatwo można odnieść wrażenie, że najistotniejszą różnicą miedzy różnymi „dumnymi z polskości” jest różnica proporcji między przywoływanymi zasługami a cierpieniami. Podczas gdy przedstawiciele środowisk nastawionych romantycznie skłonni są wskazywać na ofiarę polskich powstań od kościuszkowskiego do poznańskiego (1956), rozmaici „realiści” upodobali sobie zwycięskie dokonania wojenne (np.bitwę warszawską), sukcesy polityczne (np. korzystny dla Polski obrót konferencji wersalskiej) czy gospodarcze (wskazuje się tu np. na budowę COP czy Gdyni, by pozostać w kręgu wydarzeń międzywojennych). W imię tych proporcji skłonni są nawet toczyć spory, jak np. ten o powstanie warszawskie – czy jest ono powodem do dumy z polskości, czy wręcz przeciwnie?

Niemal nikt nie zadaje sobie natomiast zupełnie fundamentalnych pytań: czy człowiek w ogóle powinien być dumny z czegoś, na co nie miał wpływu? a może człowiek ma wpływ na swoją przynależność do narodu? kto należy do narodu? Wydaje się, że wielu ludzi mieniących się Polakami postanowiło przejść nad tymi pytaniami do porządku dziennego. Ich ignorowanie prowadzi jednak najczęściej do milczącego przyjęcia rewolucyjnej w swych źródłach definicji narodu i, co za tym idzie, świadczyć może o światopoglądowej kapitulacji.

„Polskość” etniczna i polskość polityczna

Choć samo pojęcie „duma” słowniki tłumaczą m.in. jako „poczucie wartości własnej lub własnego środowiska”, o tyle zwrot „być dumnym z czegoś” ma już znaczenie odmienne. Ojciec może być dumny z syna, ponieważ go dobrze wychował, a pisarz ze świetnej książki, którą napisał. Stąd też dziwić powinny słowa o byciu dumnym z polskości wypowiadane przez ludzi, dla których polskość jest pojęciem etnicznym. Czy wolny, mający świadomość własnej wartości człowiek powinien być dumny z powodu swej przynależności do określonego ethnosu, skoro nie miał żadnego lub niemal żadnego udziału w decyzji o tej przynależności? Na podobnej zasadzie można by przecież być dumnym z powodu swej płci lub koloru oczu. Jeśli zatem uznamy, że Polakiem bądź Hiszpanem człowiek się po prostu rodzi, trudno nam będzie w istocie uzasadnić bycie dumnym z polskości bądź hiszpańskości.

Takie postrzeganie narodowości jest jednak wynikiem rewolucyjnego zakwestionowania tradycyjnego systemu przynależności państwowej. Stanisław Szczęsny Potocki (1753–1805), marszałek konfederacji targowickiej w Koronie, postrzegał jeszcze polskość jako kwestię wyboru politycznego, pisząc swe słynne słowa o Polsce: „Znikło już to państwo, i to imię, jak znikło tyle innych w dziejach świata. Ja już jestem Rosjaninem na zawsze”. Składając tę deklarację nie cofnął przecież czasu, by umieścić się w łonie Rosjanki. Nie miał też na myśli faktu przejścia na język rosyjski, ani nawet porzucenia polskiej kultury na rzecz rosyjskiej. Co więc chciał w ten sposób wyrazić? Odpowiedź na to pytanie była dla jemu współczesnych tak oczywista, że nie musiał jej dawać – był to manifest wierności Cesarstwu Rosyjskiemu w miejsce przestającej istnieć Rzeczypospolitej.

Znamy w Polsce spory o narodowość postaci takich, jak Mikołaj Kopernik (1473-1543). Wskutek przemożnej ludzkiej potrzeby porządkowania przeszłości wedle reguł teraźniejszości, astronoma tego uznajemy powszechnie za Polaka. Równocześnie nie możemy się nadziwić bezczelności Niemców, którzy skłonni są, jak mniemamy, poczytywać go za swego ziomka. Polsko-niemiecki spór o Kopernika (obecnie nieco przebrzmiały w wyniku unijnej agitacji) był w rzeczywistości od zawsze bezpodstawny. Torunianin żył bowiem w czasach, w których pojęcie narodowości dopiero się rodziło, kształtowało się – w oparciu o przynależność polityczną. Kraj, który miał być za niedługo zwany Prusami Królewskimi, znalazł się pod zwierzchnictwem JKM Kazimierza Jagiellończyka (1427-1492) na kilka lat przed narodzinami Kopernika, a ten swoimi wyborami życiowymi dowiódł wierności królowi polskiemu i instytucjom polskiego państwa oraz Kościoła. Zgodnie z tradycyjnymi, dziś powszechnie zarzuconymi, przedrozbiorowymi kryteriami można go zatem brać za Polaka. Nie sposób jednak twierdzić tak opierając się na dominujących dziś wyznacznikach etnicznych! Zwolennicy stosowania tych ostatnich (a zatem większość mieszkańców terytorium okupowanego przez III RP) winni uznawać go za Niemca.

Myliłby się jednak ten, kto by uważał, że podobne dylematy dotyczą postaci odległej historii – dostarczał ich także ubiegły wiek. Kim był bowiem Felix Dzierżyński (1877-1926), wywodzący się z polskiej rodziny ziemiańskiej czerwony kat, współtwórca Sowietów? Ludzie gotowi toczyć boje w obronie tezy, że tzw. Adam Michnik nie jest Polakiem, bo jest Żydem, powinni przecież z punktu uznać, że Krwawy Felix był najprawdziwszym z Polaków. Do takich wniosków wieść musi stawianie na piedestale pochodzenia – a nawet wychowania – człowieka. A czy Polakami byli przedstawiciele polskojęzycznej ludności podpisujący volkslistę po tyleż nagłym, co nieprawdziwym odkryciu w sobie niemieckości? A zgłaszający akces do Goralenvolku podhalańscy górale, których wnukowie są dziś symbolem polskości na równi z bocianem i kurpiowską wycinanką?

Tryumf „polskości” egalitarnej

Porozbiorowe, a szczególnie powojenne (chodzi zarówno o I, jak i o II wojnę światową), zawirowania dziejowe doprowadziły do zlania się szlacheckiej tożsamości polskiej z tubylczą tożsamością „tutejszych”. O ile w pierwszych dziesięcioleciach „niewoli” włączanie kolejnych warstw społecznych do narodu polskiego odbywało się oddolnie i w znacznej mierze naturalnie, o tyle począwszy od schyłku XIX stulecia niemal wszystkie siły polityczne (z endecją na czele) wzięły się za metodyczne „uświadamianie” narodowe. Część przedstawicieli obozu narodowodemokratycznego, zgodnie z duchem epoki, szukała dla swych poczynań uzasadnienia w darwinizmie społecznym, co miało nadawać tym działaniom charakter naukowy. Sanacja usiłowała budować jedność narodową w oparciu o instytucje państwowe, przypisując państwu rolę narodotwórczą (a zatem postępując dość „konserwatywnie”). Inną jeszcze drogę obierały stronnictwa chłopskie, odwołujące się w swych programach ideologicznych do ludowych źródeł polskości.

Wszystkie te wizje polskości łączyło zakwestionowanie jej elitarno-politycznego charakteru. Odcisnęła też na nich swe wyraźne piętno kwantytatywna obsesja – wszystkim liczącym się siłom politycznym (wyjąwszy partie mniejszości narodowych) zależało na włączeniu do zbioru Polaków jak największej liczby ludzi. W warunkach demokratycznych to przecież liczebność grupy decydowała o jej sile. Jak dalece ów polityczny dyktat ilości, tak typowy dla XX wieku, odbiegał od dawnego ważenia racji, wymuszającego retoryczne szarże i intelektualne parady; od czci oddawanej autorytetowi monarchy i senatorów; wreszcie od szanowania każdej jednostki, dysponującej potężnym prawem veto!

Komuniści przystępujący do budowy nowego państwa polskiego po zdradzie jałtańskiej, kontynuowali te tradycje, twórczo je rozwijając. W obliczu kataklizmu wojny i lat powojennych (straszliwych strat ludnościowych ziemiaństwa i inteligencji, wojennego zdeprawowania mas, spustoszeń materialnych i duchowych, przekształceń terytorialnych i własnościowych, brunatnego i czerwonego terroru) hodowanie nadwiślańskiej odmiany hominis Sovietici okazało się zadaniem dość łatwym. W budowie nowej socjalistycznej polskości sięgano zresztą wielokrotnie do wzorów już propagandowo sprawdzonych, np. pielęgnując resentyment antyniemiecki, ożywiając ideę jedności Słowian, opiewając polskie Pomorze czy czcząc Piastów i krytykując Jagiellonów. Postępujące upodlanie i zniewalanie społeczeństwa przy braku elit narodowych przyniosło jednak skutek dezintegrujący. W dłuższej perspektywie, po koszmarze komunistycznej agresji ideologicznej, doprowadziło to do powstania jakże dobrze nam znanej, fornalskiej tożsamości obywateli „tego kraju” z polskością mających doprawdy niewiele wspólnego.

O czym zapomnieli ludzie nowocześni

Teoretyczną odpowiedzią na postępujące na przestrzeni ostatnich dwóch stuleci zaniżanie kryteriów przynależności do narodu było powstanie porewolucyjnych definicyj narodu. Opierały się one na wspólnocie pochodzenia, języka, kultury, doświadczeń, a niekiedy na samym poczuwaniu się do przynależności do danego narodu.

Wulgarny heglizm, obecny dziś w mediach i na „uniwersytetach”, podkreśla z lubością zachodzące w XIX i XX wieku rozszerzanie kręgu osób posiadających prawa polityczne i obywatelskie. Nietrudno dostrzedz, że było ono procesem bliźniaczym wobec umasowienia przynależności do narodu. Czy zatem cechująca przedrewolucyjny Zachód, tradycyjna konotacja narodowości i polityczności nie zachowała się w ten sposób? Odpowiedź na tak postawione pytanie musi być przecząca, a powodów do jej udzielenia jest bez liku. Ograniczyć się tu można do wskazania najważniejszego i zarazem najprostszego do uchwycenia: wskutek rozszerzenia kręgu podmiotów praw politycznych i obywatelskich drastycznie obniżyła się pozycja społeczna, zamożność i inteligencja przeciętnego dzierżyciela tych praw. Wystarczy porównać zakres poddanych (obywateli) uprawnionych do delegowania posłów na sejm przed rozbiorami Rzeczypospolitej (nawet po kontrowersyjnych reformach konstytucji 3 maja) z zakresem uprawnionych do głosowania w wyborach z 1919 roku. Ogromny rozziew zachodzący między kręgami tych podmiotów (minęło tylko stulecie z okładem!) nie stanowi jedynie różnicy ilościowej. Zasadniczo odmieniła się jakość osób zaangażowanych w kształtowanie polityki państwa. W takich warunkach elitarne pojęcie narodowości jako cechy politycznej przestało być adekwatne do rzeczywistości. Demokratyczna polityczność zniszczyła tradycyjną narodowość.

W pewnym sensie funkcja kreacyjna polityczności wobec poczucia narodowości przetrwała w postaci praw obywatelskich przyznawanych (w pewnym stopniu) niezależnie od pochodzenia etnicznego. Cóż jednak z tego, skoro prawa te przestały nawet być odbierane jako wyróżnik przynależności do narodu. Czy mieszkającego na terenie III RP Greka bądź Cygana uznaje się za Polaka z powodu posiadania przez niego obywatelstwa III RP? Czy to wystarczy?

W sprawie polskości doszło więc do niewiarygodnego zamieszania pojęciowego. Pozostawienie kwestii polskości poza kręgiem współczesnych zabaw umysłowych jest w znacznej mierze efektem tego zamieszania; nieprzyjemnie jest bowiem porządkować bałagan. Ignorowanie pytań o istotę polskości tworzy ponadto sytuację, w której zależnie od doraźnej potrzeby Polakiem nazywa się: osobę o ethnosie polskim; osobę posługującą się (zazwyczaj bardzo nieudolnie) językiem polskim; osobę współdzielącą pewne zewnętrzne doświadczenia z resztą żyjącego na obszarze państwa społeczeństwa – np. jedzącą schabowego czy uczęszczającą do szkół reżymu, gdzie każą czytać „Pana Tadeusza” (nota bene dzieło pokazujące Polaków w znaczeniu tradycyjnym, na co oczywiście nie zwraca się uwagi); osobę posiadającą obywatelstwo III RP czy wreszcie osobę deklarującą, że jest Polakiem. Żadne wszakże z tych kryteriów, ani nawet wszystkie one razem wzięte, nie wystarcza, aby być Polakiem (nie wystarcza do tego też deklaracja dumy z polskości). Powszechnie zapomniano o tej prostej prawdzie.

Kim byli i kim są dziś Polacy?

Pomimo faktu, że nie istnieje dziś podział na naród polityczny i plebejów, nie należy ulegać egalitarnej propagandzie i uznawać, że ci podejrzani, mierni ludzie spotykani wszędzie na obszarze pozostającym pod rządami III RP są Polakami. Polakami byli ci, którzy niegdyś uczestniczyli w sejmikach i sejmach Korony, podczas gdy „mieszkańcy tego kraju” obsiewali pola i parali się rzemiosłem. Polacy to ci, którzy zrywali sejmy, wzniecali rokosze i stawiali czoła najeźdźcy w imię wolności – i w imię Polski, którą z zachowaniem tej wolności utożsamiali. W tym czasie „tutejsi” uchodzili ze swą chudobą poza wieś, by nie cierpieć od walczących armij. Polakom zależało na Polsce, podczas gdy pozostałym na niej specjalnie nie zależało; mogli wprawdzie kochać króla, mogli też być wspaniałymi chrześcijanami czy ludźmi w ogóle, ale byt Polski nie był dla nich ważny (Polski nie wiążę oczywiście z obecnym kadłubowym tworem stworzonym przez Wielką Trójkę, ale uznaję ją za Pospolitą Rzecz wielu narodów, wspólnotę polityczną spajaną osobą króla i instytucją sejmu).

Linia podziału między Polakami a nie-Polakami przebiegała mniej więcej tak, jak linia podziału między szlachtą a plebejami (nieszlachtą). Ponieważ świat podziałów stanowych został zmieciony przez kolejne rewolucje, nie można już dłużej się do nich odwoływać. Ale czy oznacza to, że powinno się zarzucić dawne kryteria definiowania polskości na rzecz kryteriów porewolucyjnych, w swej istocie masowych, obdzierających ją z przymiotu elitarności? Czy nie powinniśmy raczej obstawać przy przedrozbiorowych wyznacznikach polskości, kiedy występowała ona w swej „klasycznej” postaci?

Może zatem słusznie byłoby przyjąć, że i dziś, aby być Polakiem, należy odnaleźć w sobie „wewnętrznego szlachcica” i pielęgnować go, a zatem ogromnie miłować wolność, przejawiać zaangażowanie, choćby duchowe, w sprawy publiczne, być wiernym monarsze (teraz, podczas interregnum, chwilowo nieobecnemu), o ile ten wypełnia swe pacta conventa, dążyć do potęgi wielonarodowej Rzeczypospolitej, najlepiej w jej normalnych, a nie Stalinowskich bądź ryskich granicach. To z tak rozumianej polskości można i należy być dumnym! Tak rozumiana polskość jest wynikiem świadomego wyboru i prawdziwym powodem do chwały.

Nie powinno się więc szastać mianem Polaka, zwłaszcza jeśli chce się być polskim patriotą. Jeśli bowiem komuś zależy na dobrym imieniu polskiej Ojczyzny, nie może on do zbioru Polaków włączać ludzi, dla których idea Rzeczypospolitej jest obcą, bądź którą to ideę kalają. Dlatego właśnie, przez wzgląd na odstąpienie od tej idei, a nie z innych powodów, uznawać można – jak niżej podpisany – że pp. tzw. Adam Michnik czy Donald F. Tusk nie są Polakami. Polakami mogą być ludzie o ethnosie polskim, ruskim, żydowskim, niemieckim, litewskim, kaszubskim, tatarskim. Mogą nimi być nawet Indianie i Wietnamczycy. Nie mogą nimi natomiast być mentalni plebejusze, zwolennicy i utrwalacze III RP.


Jak postępować z pseudo-Rosjaninem?

03. 06. 2012 Sun, 03 Jun 2012 12:53:54 +0000.

Policja obecnego reżymu powinna oczywiście reagować jeśli pseudo-Rosjanie będą paradować po terytorium III RP z sierpami i młotami na koszulkach, flagach czy szalikach. Oczywiście policja reagować nie będzie – ponieważ nadwiślański reżym będzie obawiał się reakcji Federacji Rosyjskiej, a prawo obowiązujące na terytorium zajmowanym przez III RP mieć będzie w tej kwestii w pogardzie.

Nieprawdziwe jest jednak spotykane tu i ówdzie twierdzenie, że propagowania sierpa i młota zakazuje Konstytucja RP. Dokument ten zakazuje istnienia partyj politycznych i innych organizacyj, które odwołują się programowo do „totalitarnych metod i praktyk działania (…) komunizmu”, a więc tak naprawdę piętnuje on mały tylko zakres zjawisk związanych z komunizmem. Zakazuje też istnienia takich partyj i organizacyj, których program lub działalność „zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa”. Nie ma ani słowa, na podstawie którego można by wywnioskować, że nie wolno łazić z sierpami i młotami.

Istnieje natomiast w kodeksie karnym artykuł 256, zgodnie z którym ten, „kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”. Ponieważ od tzw. ustawodawcy nie można wiele wymagać, spuśćmy na razie zasłonę milczenia na okoliczność, że określenie „totalitarny ustrój państwa” jest fatalnie nieprecyzyjne i że niemało jest cech totalitarnych w samym ludowładztwie; zgodzić się przecież jednak należy, że komunizm sowiecki, przynajmniej przez kilka dziesięcioleci totalitaryzmem był. Czy więc chodzenie z symbolem sierpa i młota wyczerpuje znamiona czynu zakazanego w tym przepisie, a zatem czy jest ono „publicznym propagowaniem”? Trybunał Konstytucyjny namyślający się w ubiegłym roku (po skardze SLD) nad między innemi tą kwestią miał co do niej niejakie wątpliwości i ostatecznie orzekł, że jeśli obnoszenie symboli sojuszu chłopsko-robotniczego nie służy gloryfikacji komunizmu (jako ustroju totalitarnego), to wszystko jest w porządku.

Należałoby więc przede wszystkim zbadać cel – czy służy on tej gloryfikacji, czy też jej nie służy. Ale skąd można wiedzieć w jakim celu ktoś używa komunistycznej symboliki? Czy o celu ma przesądzać policjant, zaczepiony przez niego przechodzień albo sędzia lub, co częstsze, sędźka? Gdzieżby tam, wszak ludzkie pobudki nie są w pełni znane nawet tym, u których w głowach zalegają, a co dopiero postronnym. Trzeba by więc pseudo-Rosjanina prosto i rzeczowo spytać: czy twoim celem jest gloryfikacja komunizmu? Jeśli odpowie, że nie – sprawa się rozstrzygnie, będzie chłop czysty i pójdzie, chwiejnym krokiem, dalej. Gorzej, jeśli odpowie, że tak. Wtedy bowiem będziemy musieli udzielić odpowiedzi na pytanie: czy komunizm jest zawsze totalitarny? Bo gloryfikowanie takiego tylko jest penalizowane.

Wszystko rozbije się więc o definicję totalitaryzmu. A skoro rzecz dotyczy definicji tak kontrowersyjnego pojęcia, to każdy, kto nie jest totalniakiem właśnie, z łatwością dostrzeże, że nie ma możliwości dojścia do jasności w tej kwestii. Błędem – jakże typowym dla demokratycznego tzw. ustawodawcy! – było wprowadzenie pojęcia „totalitaryzm” do przepisów prawnych. Ale skoro to już się stało, to zauważyć wypada, że definicje totalitaryzmu całkiem słusznie i niemal zawsze kładą nacisk na fakt, iż jest on właściwie formą sprawowania rządów. A jeśli tak, to co rzec o takim na przykład eurokomunizmie?

Partie komunistyczne istniały przecież w całej masie krajów: gdzie tylko degeneracja lub sowieckie wpływy osiągnęły odpowiednio wysoki poziom. I taka Włoska Partia Komunistyczna posługiwała się symbolem sierpa i młota, ale jej programem był przez długie lata eurokomunizm – w którym ni krzty totalitaryzmu! Zgodnie z poglądami czubków z tej partii (córkę jednego z nich miałem okazję poznać kilka lat temu…) do komunizmu miało dojść na drodze demokratycznych przemian. Po prostu prędzej czy później lud miał zrozumieć, że raj na ziemi możliwy jest tylko po uspołecznieniu wszystkiego (czy tam prawie wszystkiego). Zrozumiawszy to, miał ów lud w demokratycznych wyborach wybrać włoskich pokojowych komunistów, którzy mieli następnie wprowadzić swój scenariusz w życie. Żadnych masowych mordów, łagrów, inwigilacji, enkawudzistów. Uspołecznionko, czerwony sztandar, cygaro, gitara, laski, sjesta – gdzie tu totalitaryzm? Totalitaryzm to, panie, III Rzesza, której nienawidzimy.

A zatem komunizm na drodze przemian demokratycznych, a więc cacy, bo – jak nauczają sługi reżymu – demokracja i totalitaryzm to dwa przeciwne bieguny. Włoski czy francuski komunista-intelektualista totalitaryzmem się z reguły brzydził i brzydzi. No i może taki pseudo-Rosjanin  z sierpem i młotem odwołuje się do Partito Comunista Italiano? Wtedy próżno szukać w jego kolorowym performensie cech totalitarnych, on tylko uczestniczy w publicznym dyskursie światopoglądowym, który jest dla demokracji ożywczy, stanowi wręcz jej sól; buduje w ten sposób społeczeństwo obywatelskie i szerzy tolerancję. Trzeba by go o to spytać, bo bardzo łatwo jest przypiąć takiemu młodemu ideowcowi łatkę stalinisty.

Przyznajmy jednak, że odwoływanie się przez takiego człowieka sowieckiego do komunistycznej partii włoskiej czy innego Żiżka jest mało prawdopodobne. Zapewne przyoblekając sierp i młot nawiązuje on do symboliki Związku Sowieckiego (który zresztą nadał mu jego pseudorosyjską tożsamość). Ale tu rodzi się kolejna wątpliwość: czy oby na pewno do tego totalitarnego Związku Sowieckiego, jakim był za Lenina i Stalina, czy raczej do takiego, jakim był na minutę przed rozpadem? A wtedy chyba już nie był totalitarny, skoro był już po pierestrojce i skoro postanowił się grzecznie rozwiązać. Trzeba by każdego takiego delikwenta pytać. Wskazane także byłoby wdanie się z nim w debatę na temat istoty totalitaryzmu, historii politycznej, a także orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego RP oraz poglądów doktryny prawniczej. Aby zaś zbadać sprawę naprawdę rzeczowo, należałoby skorzystać przy tym z pomocy tłumacza-rusycysty, który będzie w stanie wyłapać semantyczne niuanse w poglądach przedstawianych przez pseudo-Rosjanina. Nieodzowni okażą się także psycholog, pop, matrioszka oraz Krzyżacy (jako bezstronni arbitrzy).

Nasuwa się więc proste pytanie: nie lepiej po prostu bezmyślnie bić te bolszewickie psy bez oglądania się na prawo?


Interesująca religia

05. 01. 2012 Thu, 05 Jan 2012 10:26:15 +0000.

Jest taka dziwna religia, modna ostatnimi czasy – prawa człowieka. Co do zasady szkoda gadać o jej wyznawcach, ale w moich notatkach natrafiłem właśnie na ciekawy passus. Otóż teologowie tej religii, klecąc sobie jej dogmatykę, wymyślili coś takiego jak generacje praw człowieka. I tak niegdyś uważano, że prawa I generacji (tzw. osobiste i polityczne) są ważniejsze od tych II generacji (tzw. społecznych, gospodarczych i kulturalnych); dziś takie myślenie jest już passé, bo przeważa pogląd, że wszystkie prawa są równe (jacyś ichni franciszkanie chyba się wykluli, tak sądzą i są wpływowi, mniejsza o to). W każdym razie w tych moich notatkach stoi, że „prawo do nauki” obecnie klawo jest umieszczać raczej w I, a nie w II generacji, ponieważ… „to poprzez naukę człowiek może poznać prawa człowieka”!! To powiedziała panna prowadząca zajęcia, na jakich to zanotowałem (pomijam, że chwilę wcześniej wychwalała była równość generacyj, nie będę przecież wymagał od kogoś takiego elementarnej konsekwencji).

Jak widać, wyznawcy prawoczłowieczyzmu nieźle odjeżdżają. Doprawdy wysublimowana teologia, jakaś forma anamnezy chyba się tu zarysowuje. Idę o zakład, że mają też swoich gnostyków i heretyków. Papieża pewnie nie mają, bo to raczej na modłę protestancką jest zbudowane (są raczej pastorzy – nazywają ich profesorami, cóż za zbieżność nazw!). Takie luźne gminy, ot, niekiedy się zbiorą na jaki synod, poględzą chwilę i się rozejdą. Ale trzeba im przyznać, suk synom i córom, wpływowi są. Może i więc jakieś wewnętrzne Opus Dei u nich działa?